Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przepisy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przepisy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 lipca 2015

Dzisiaj będzie Pasta z Awokado.

Wtorek wybił więc czas na przepis :) Ale zanim zagłębie się w apetycznych szczegółach chciałabym co nieco wspomnieć na temat przepisów, które tutaj umieszczam. Nie jestem maniakiem kulinarnym i nie aspiruję do miana kuchennej blogerki, czy królowej Master Patelni. Tajne receptury, które Wam zdradzam to nieskomplikowane, szybkie dania, które powtarzane są regularnie w moim domu, w domu moich rodziców i co ważne w domach moich znajomych, którzy to zaczerpnęli je od nas, lub my od nich ;)

wtorek, 14 lipca 2015

Ulep sobie Pyzę ( Poznańskie pyzy drożdżowe z konfiturą wiśniową )

Czy są już wiśnie? Pytam bo moje wiśniowe drzewko w tym roku ani jednego dzidziusia nie poczyniło :( a był to mój barometr wiśniowego sezonu. W każdym razie jeśli nawet jeszcze nie można kupić pysznych, czerwonych kuleczek to już niebawem nadejdzie ten czas, a wtedy....!

wtorek, 7 lipca 2015

Pokochać Owsiankę

Mówicie Owsianka- myślicie blee ?Jeśli tak to ten wpis jest idealnie dla Was.
Gwarantuję, że jeśli zrobicie, któryś z poniższych, szybkich i prostych przepisów owsiankowych to pokochacie to śniadaniowe danie wielką, apetyczną miłością :)
Zaczynamy? :)

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

3 Słoikowe Hity i krótki spacer po warzywniaku

Przetwórstwo czas zacząć ! Nawet nie wiecie jak bardzo się ciesze, że mogę popichcić i pozaprawiać bez wielkiego, ciążowego brzuchola. W zeszłym roku musiałam bokiem podchodzić do kuchenki, żeby nie pobrudzić sobie ubrania ;) Teraz chociaż brzuch wciąż jest za duży ;/ ;) to jednak nie aż tak ogromniasty jak ten zeszłoroczny ;) mogę więc bez przeszkód manewrować po mojej nowej, niebieskiej kuchni. HA! nie pisałam nic o tych zmianach ? Obiecuję, doczekacie się fotorelacji.
Teraz wskakuje tylko na minutkę, bo wiśnie zgrzytają ze zniecierpliwienia pestkami, a ogórasy pienią się kiedy przyjdzie ich kolej, do tego powideł trzeba dopilnować, żeby się nie przypaliły...zresztą co ja będę Wam pisała, takie znawczynie kuchni jak Wy wiedzą w czym rzecz.

 
Wiem, że po sieci krąży wiele przepisów na ciekawe przetwory i że nie starczyłoby życia, żeby je wszystkie wypróbować, ale jeśli któraś z Was waha się jaką słoikową nowość wprowadzić do swojej kuchni naprawdę, z ręką na sercu polecam trzy poniższe przepisy. Od paru lat są bezkonkurencyjnymi gwiazdami mojego stołu, zresztą nie tylko mojego bo skradły serca chyba wszystkich moich znajomych i teraz goszczą również u nich :)
Smakołyki robione są na bazie octu, ale jest on praktycznie nie wyczuwalny dlatego nawet Ci którzy nie mogą go jeść (a może raczej pić ;)) będą zadowoleni :)
A więc do dzieła Wiewióry! ;) Robić zapasy na zimę ! :))))
Chrupiące cukinie w delikatnej słodkawej zalewie

- 3 kg cukini (najlepiej małej)
- 4 czerwone papryki
- 4 cebule (spore)

1. Wszystkie powyższe składniki pokroić: cukinie na grubsze talarki, cebulę na piórka, paprykę na spore kwadraty
2. Następnie dodać do tego zalewę zrobioną z:

- 2 łyżki soli
- 1 szklankę cukru (niepełna)
- 1 szklankę octu (niepełna)
- 0,5 szklanki DOBREGO oleju słonecznikowego ! *

3. Wszystko razem wymieszać, następnie zostawić na 3-5 godzin.
4. Po tym czasie przełożyć do słoików i pasteryzować 5 min.

 Diabelskie ogórasy z kawałkami czosnku i chili

- 2,5 kg ogórków ze skórką ! 

1. Ogórki pokroić wzdłuż i zasypać 4 łyżkami soli. 
2. Wymieszać i pozostawić na około 6 godzin. 
3. Po tym czasie powstały sok bardzo dokładnie odcedzić, nawet wytrzeć ogórki w papierowy ręcznik.
4. Zrobić zalewę (wszystkie poniższe składniki podgrzać do rozgrzania):

- 2-3 łyżeczki sypkiej papryczki chili
- 1 szklanka octu 10%
- 1 duża główka czosnku pokrojonego w plasterki
- 8 łyżek DOBREJ ! oliwy *
- 0,5 kg cukru
5. Odcedzone ogórki zalewać przestudzoną zalewą i pozostawić na 12 godzin.
6. Po tym czasie rozłożyć do słoików (niezbyt ciasno) i zalewać zalewą.
7. Trzymać w lodówce!

Słodkie ogórki w musztardowej zalewie

- około 2 kg wielkich, grubych, przerośniętych ogórasów

1. Ogórki obrać, wydrążyć łyżeczką pestki i pokroić wzdłuż i powkładać do słoików.
2. Zrobić zalewę (podgrzać):

- 1 litr wody
- 1 szklanka octu (niepełna)
- 3 łyżki jasnej musztardy (stołowej)
- 1,5 szklanki cukru

3. Zalać przestudzoną zalewą (mieszać bo musztarda osiada ;))
4. Pasteryzować maksymalnie 5 min

* DOBRY OLEJ / OLIWA ! Kiedyś skusiłam się na jakiś tani olej, tajemniczej firmy i chociaż był reklamowany przez znaną osobistość niestety czułam, przez cały konsumpcyjny sezon, jego nieciekawy smak :/ Tak więc podkreślam, żeby był to sprawdzony produkt !

No to nie pozostaje mi nic innego jak życzyć Wam

SMACZNEGO ! :)

Skoro zaczęłam tematykę żarciową ;) na pożegnanie szybki spacerek po moim warzywniaku (w połowie opanowanym przez nagietki ;))
 
 
 


Macham do Was powidłową łychą i wracam do mojej małej fabryczki :) 
Do zobaczenia ! 

NiezapominATKA





wtorek, 3 września 2013

Zregenerowany salon i szaleństwo mirabelkowe

Zgodnie z obietnicą przedstawiam nasz wybielony salon :)
Muszę przyznać, że sporo się przy nim narobiliśmy, a to głównie dlatego, że z odnowieniem większości mebli trzeba było zdążyć w niecałe dwa tygodnie. Zważając na mój stan i na to, że M. nie wziął jeszcze ani jednego dnia urlopu, a po powrocie z firmy głównie zajmował  się pracami budowlanymi to nadzwyczaj szybko daliśmy radę odszlifować i odmalować uzbierane graty :)  Nawału pracy nie wytrzymała tylko szlifierka. Przy zdzieraniu kredensowej warstwy lakieru przestała trzymać papier :( W związku z powyższym  widoczny na pierwszej fotce stary kredens jest pobielony tylko en face, natomiast profile i wnętrze pozostawiają wiele do życzenia... ale i tak jestem zadowolona :) Pod papier ścierny i pędzel poszły również stolik, szafka pod telewizor, komoda i szafa na książki, stół oraz jedno krzesło (pozostałe trzy muszą poczekać na nowe życie szlifierki). 


Najwięcej zastanawiałam się nad reanimacją (bo w jego przypadku tylko takie słowo pasuje ;) ) starego stolika ikeowskiego. Był tak zniszczony, że właściwie należałoby go wyrzucić, ale niestety budżet rodzinny nie pozwalał na kupno nowego, dlatego myślałam, myślałam i w końcu  wymyśliłam :)  Przy Sprężynkowych harcach stolik kawowy w wersji "Z Serwetką" całkowicie odpadał, (a jak się domyślacie taki właśnie mi się marzył). Postanowiłam więc oszukać mą przebiegłą córcie i przytwierdzić koronkowy wzór na stałe do blatu :) Na "sosnowy" wierzch położyłam plastikową serwetkę następnie całość parokrotnie potraktowałam białym akrylem do drewna. Po oderwaniu serwetki miałam to co chciałam :)
Ewentualne rozmazy zmyłam patyczkiem namoczonym w zmywaczu do paznokci, a na koniec cały wzór delikatnie przejechałam białą farbą (żeby serwetka mocno nie kontrastowała). Po drugiej stronie blatu srebrną farbą odbiłam ten sam motyw (niestety widzę, że na zdjęciach jest przysłonięty tacą :/). W każdym razie efekt wyszedł zadowalający :)
Oprócz prac upiększających naszą hacjendę znalazłam chwilę, żeby wybrać się na podbój alei mirabelkowej. Naiwnie wzięłam ze sobą jedynie mały koszyczek (niczym ze święconki), który ni w ząb nie pasował do ogromnych ilości toczących się zewsząd mirabelek. Ponieważ byłam z mamą i Sprężynką więc rąk do pracy też było co niemiara. W efekcie pchałyśmy kolorowe kulki we wszystkie zakamarki wózka Ulki. W domu powstał przepyszny placek mirabelkowy, upieczony z przepisu wygrzebanego z blogu Rogalik ( tutaj link bezpośrednio do ciasta ) :) Mniam! Polecam jest błyskawicznie prosty- niczym mufinki, dodatkowo uniwersalny bo pasuje do wszystkich sezonowych owoców, a na dodatek smakuje jak wyciągnięty prosto z babcinego pieca :)
 
Pomimo tego, że placek piekłam dwa razy, a część mirabelek wzięła ze sobą moja mama  i tak siedzieliśmy, wraz z mym dzielnym małżonkiem, do pierwszej w nocy i obieraliśmy, a następnie gotowaliśmy kompoty z pozostałej ilości miniaturowych śliwek.
Wracając jednak do meblowych poczynań chciałabym Wam przedstawić zabieloną komodę (na razie bez uchwytów) od której zaczęła się nasza przygoda z odnawianiem salonu. 
Chociaż na zdjęciu tego nie widać, wierzcie mi na słowo, była potwornie zniszczona. Pomimo moich nalegań M. nie kwapił się żeby ją wynieść na dwór i wyszlifować, a mi ona tak przeszkadzała.... 
Któregoś dnia mąż mój wrócił umęczony z pracy, a tu cały salon w bieli ! I to nie bieli farbowej, ale wiórowej. Bieli którą stworzyłam podczas szlifowania szlifierą wprost w salonie, przy obecności wszelkich kanap, dywanów, kieliszków,  poduch itp. elementów szczególnie lubiących wchłanianie pyłu. Memu mężowi ręce opadły, (a że ma długie to otarły się o zakurzoną podłogę ;)) i rzekł: "A jednak nie wytrzymałaś". Guzik prawda! "Wytrzymywałam bardzo długo z tymi niedopasowanymi sosnowymi, zjechanymi  meblami"- odparłam chojraczo, strzepując pył z ciążowego brzucha. M. tylko westchnął i spytał co następne planowałam zaatakować, to on to po objedzie zrobi :) Ha ! :) I w ten sposób zwerbowałam do akcji Odnawianie Salonu silnego mężczyznę, który nie ukrywam, bardzo mi się przydał ;)
Do przeczytania !


środa, 28 listopada 2012

Wyjątkowy gość- wyjątkowy dzień :)


Są takie dni na które czeka się z podekscytowaniem porównywalnym z dziecięcym wypatrywaniem Św. Mikołaja. Ja tak właśnie oczekiwałam przyjazdu Iki z blogu Wędrowanie moje. 
Posty Moniki czytuje od wielu lat, a wyjątkowa więź do autorki poczułam po jej wpisie z 20 czerwca 2010 roku :) kiedy to znalazłam  swoją skromną osobę na jednym ze zdjęć zrobionych przez Ikę! Oczywiście Monika pstrykając fotkę rozentuzjazmowanemu tłumowi nie zdawała sobie sprawy, że wśród kolorowych ludzi stoi jakaś nieznana jej Ata, która po latach (bagatela dwóch ;)) założy bloga i odezwie się z tą zaskakującą informacją!!! Ja natomiast, po tym niesamowitym odkryciu (, że znajduje się na zdjęciu jednej z moich ulubionych  blogerek), postanowiłam napisać maila do Iki, ale jak to w życiu bywa swój plan sfinalizowałam dopiero po dwóch latach :/ Teraz żałuję, że nie zrobiłam tego wcześniej. 

Monika okazała się ciepłą, dowcipną, pełną pozytywnej energii i chętną na spotkanie osobą. Przyjechała do mojej pipidówki nie zważając na niemałe trudności w transporcie i na szarugową pogodę. Ba! Przytachała ze sobą trzy ciężkie książki i wspaniałe, świąteczne prezenciki. Własnoręcznie wykonaną puszkę na słodkości, cudnego porcelanowego Łosia w urocze białe kropy oraz plakat z bardzo trafnym, kawerskim hasłem ;)
Sprężynka otrzymała natomiast świąteczną książeczkę, dzięki której (jak sama mi zdradziła) dowiedziała się w końcu jak wygląda Św. Mikołaj ;) Rzeczywiście, tyle o nim opowiadamy, a fotki nigdy nie przedstawiliśmy ;)
Co do prezencików wykonanych przeze mnie to musicie czekać na niedzielny post Iki, bo ja przez swoje spotkaniowe podniecenie zapomniałam pstryknąć im fotek :/ ale Monika obiecała, że nadrobi moje zaległości ;)
Pogoda była niestety nie za ciekawa więc zamiast spacerować grzałyśmy się w domku przy kawce i świeczkach. Jak już wspomniałam Ika przywiozła ze sobą książki, a jedną z nich była pozycja BELLE BLANC! Niestety pięknota prezentowanych w niej wnętrz otumaniła mój mózg na tyle skutecznie, że nie zrobiłam jej żadnego zdjęcia!!! Szkoda, bo chętnie bym przejrzała ją jeszcze raz :(
Jak to bywa często na babskich spotkaniach wymieniłyśmy się stadem przepisów :) Ice zasmakowały  ciasteczka marcepanowe mojej produkcji, a ponieważ tego typu pochrupajki są miłą przekąską na  przedświąteczny czas więc podaje przepis do publicznej wiadomości :)
Ciasteczka Marcepanowe
- 150 g masła
- 50 g cukru
- 1 małe opakowanie cukru waniliowego lub migdałowego
- 100 g masy marcepanowej 
- 250 g mąki
- 1 żółtko
1. Masło zmiksować do puszystej konsystencji.
2. Dodać do masła: cukier, cukier waniliowy/ migdałowy, żółtko, marcepan i zmiksować na gładką masę.
3. Dodać mąkę i wyrobić ciasto rękami.
4. Włożyć ciasto na 30 min do lodówki.
5. Rozwałkować ciasto dość grubo bo ciasteczka prawie w ogóle nie rosną. Ciasto jest kruche więc proponuje wycinać nieskomplikowane i małe wzory, żeby ciasteczka się nie łamały.
6. Piec w temperaturze 150 stopni 12 minut. Lepsze są dość mocno przypieczone, ale Uwaga! Łatwo je spalić!
7. Smacznie wcinać :)

P.S. Ilość ciasteczek w słoju (na zdjęciu) to porcja zrobiona z podwójnej ilości produktów.

Życzę wam dziewczynki takich wspaniałych odwiedzających jak mój wtorkowy gość :)))
Ikuś dziękuje jeszcze raz bardzo, bardzo za poświęcony nam czas, za pogaduchy, za prezenciki i za przemiły post, który napisałaś o naszym domku:)

wtorek, 6 listopada 2012

Naścienne przepisy

To będzie postowy sprint. W domu panoszy się choróbsko. Ulka- krzepka dziewoja ma tyle siły w odpychaniu mamy pomocnej dłoni (podczas pozbywania się katarku), że poważnie myślę o przywiązywaniu pacjentki podczas zabiegów :/ Kiedy w pobliżu jest mąż jakoś dajemy radę, chociaż ryki, krzyki i szarpanina długo odbija się echem po domu i po mojej głowie :/ Zresztą wszyscy którzy mieli do czynienia z przeziębieniem u takiego małego dziecka wiedzą o czym mowa :/// Ja też za zdrowa nie jestem, więc atmosfera panuje na zmianę nerwowa i słaniająco-wykańczająca. Nareszcie sypnęły się zamówienia w moim sklepiku (z czego się bardzo ciesze), ale siły troszkę brak, więc praca idzie dwa razy wolniej, a terminy gonią :(
Jeszcze przed kulminacyjnym atakiem choroby zdążyłam zrealizować planowaną od dawien dawna (wymyśloną jeszcze w czasach licealnych!) dekorację kuchennej ściany. W ramkach umieściłam stare, poplamione ingrediencjami, rodowe przepisy. W swojej kolekcji mam ich dość sporo. Część wyszła spod pióra moich prababci, część została napisana rękami moich babć i cioć, a niektóre należą do mojej mamy. W niedalekiej przyszłości będzie ich więcej, ale na razie wiszą trzy sztuki ;)
Najbardziej lubię te na tyłach których znajdują się rysunki, codzienne notatki (np." Wojtuś na Głogowskiej byłam odfajkować i to miejsce nadal jest wolne" ;)), albo te które wchodzą w skład listów :) Jeden taki pochodzi z 88 roku i na końcu ma dopisek: "Mnóstwo całusów dla Honoratki!". Fajna sprawa takie pamiątki, szkoda żeby marnowały się w zatęchłych szufladach więc postanowiłam zawiesić je w reprezentacyjnym i tematycznie odpowiadającym miejscu.
Bardzo się cieszę, że pojawili się nowi podglądacze Niezapominatkowego Świata :))) Do Wszystkich Was, kochane dziewuszki (do nowych i starych podczytywaczy) zaglądam. Przysięgam! chociaż w komentarzach na razie mnie nie ma to obiecuję, że pomalutku będę się z tych zaległości odkopywać.
Na sam koniuszek chciałam serdecznie podziękować Joasi z blogu Joanna i Pan Lew za obdarzeniem mnie wyróżnieniem :))) Bardzo mnie ono cieszy i kolejny post poświecę właśnie jemu ... :)
Dobrze, że internet nie przewodzi kataru, bo nie mogłabym Was ucałować, a tak ściskam i śle buziaki !
Do następnego, mam nadzieje, że już zdrowszego, spotkania :)

poniedziałek, 15 października 2012

Ma dyńka jest zadyniowana



Asia z Green Canoe postanowiła zadyniować jesień, a ponieważ moja dyńka została zadyniowana wiele lat temu, kiedy to po zjedzeniu pomarańczowego kremu z masełkiem poczułam się jak w niebie, więc z miłą ochotą dołączyłam do akcji.
Mój ulubiony przepis, na cudowną, nie słodką! zupę dyniową stosuję regularnie każdej jesieni dlatego gdy tylko uzyskałam dostęp do ogrodu od razu posiałam to imponujące warzywko. Początkowo byłam szczęśliwa, że nasionka dyni wykiełkowały tak licznie. Z biegiem czasu stawałam się coraz bardziej dumna, że moja dynia rośnie prężnie i szybko. Następnie zaczęłam się jej bać! Stała się tak ogromna, że ledwo co mieściła się na pryzmie kompostowej, a właściwie to się NIE mieściła bo swoimi mackami zaczęła atakować sąsiednie działki. Podejrzewałam, że jeśli tak dalej będzie to Ulka po halloweenowe cukierki pojedzie karocą rodem z Kopciuszka. No i prawie się nie myliłam...


Owszem, kupiłam nasiona na opakowaniu których utuczony bobas siedzi w towarzystwie big- dyni (z czego dynia przerasta bobasa o głowę) ale myślałam, że to taki chwyt reklamowy. Człowiek tyle razy daje się nabrać na przeróbki photoshopowe, a teraz kiedy właśnie powinien uwierzyć w to co widzi intuicja zawodzi i ma się Dynie Giganta w warzywniaku. A może to zasługa mojego kompostu!? Jeśli tak to na corocznym konkursie dyniowym podczas odbierania nagrody muszę podziękować mojemu królikowi bo większość pryzmy zbudowana jest z jego wytworów. Ale co tam! Narzekaliśmy z mężem, że wybudowaliśmy się na szczerym polu i nie mamy na działce grama cienia to przynajmniej liście naszej dyniuchy osłoniły nas od nadmiaru słońca ;) 


Parę lat temu zorganizowałam w naszej dziupli (o której pisałam tutaj) dyniowy wieczór, którego punktem kulminacyjnym była wspomniana powyżej zupa dyniowa, podana oczywiście w dyniowych czarach.

  
Krem dyniowy z masełkiem

  1. Dynie wydrążyć, wyskubać z miąższu pestki.
  2. Uszykować tyle samo warzyw (marchewka, ziemniaki, pietruszka) co miąższu dyni, w proporcjach:
-         ½ marchwi
-         reszta to ziemniaki i pietruszka pół na pół
          Czyli jeśli mamy miskę miąższu dyni to potrzebujemy ½ miski marchewki, ¼ miski ziemniarów i ¼ miski pietruszki
  1. Gotujemy wszystko razem z bulionem, do miękkości.
  2. Przyprawy jakie jeszcze dodaje to: sól, pieprz, gałka muszkatołowa, lubczyk.
  3. Wszystko potem miksuje na krem i dodaje bardzo dużo masełka + kawałki masła do miseczek z zupą. 

Dynie smakują nie tylko nam- zadyniowanym, ale również zwierzakom, które tłumnie nachodziły moją pryzmę kompostową i podskubywały warzywko. Najpierw były to bąki.


 Potem bywalcami stały się sarny i jelonki.


 A teraz dyniuche obściskuje Sprężyna.


Dziękuje dziewczyny, że tak bardzo przejęłyście się losem Marudy i spółki. Miło zasypiać wieczorem i czuć, że jest tyle wrażliwych i dobrych ludzi na ziemi. Jest  mi też o wiele raźniej jeśli mogę podzielić się z Wami swoimi smutkami.Maruda ma swoje stadko kociaków i ja mam swoje stadko blogowiczek, bardzo Wam za to dziękuje! 
Pozdrawiam promiennie, dyniowo i wieczornie- tak jak powinno być jesienią :))))

piątek, 14 września 2012

Kto rano wstaje temu Pan Bóg daje




Są w moim charakterze (albo raczej charakterku ;) ) miejsca które chętnie poddałabym modyfikacji. Kilka z tych niedociągnięć to błahe sprawy, ale mam też sporo poważnych przywar. Z niektórymi nauczyłam się żyć, z wieloma walczę do teraz, ale jest też grupa którą udało mi się wyplenić (robiąc tym samym miejsce dla kolejnych niechcianych gości). Jednym z czołowych działaczy komitetu „Denerwujące Przywary” jest popularne powszechnie- lenistwo. Mam w zanadrzu parę rodzajów tego utrudniacza: lenistwo ciężkiego tyłka, lenistwo sprzątaniowe (chyba najbardziej popularne), lenistwo towarzyskie, lenistwo twórcze, lenistwo kulinarne, lenistwo Spreżynowe, i wiele wiele innych lenistw. Dzisiaj jednak skupię się na lenistwie rannym, bo ostatnio dokucza mi bardziej dotkliwie niż było to kiedyś. A dlaczego? Kiedy wstaje rano moim oczom ukazuje się zapychający dech w piersi widok.




Za każdym razem zatyka mnie z wrażenia, w oczach pojawiają się łzy wzruszenia i powoli dociera do świeżo obudzonego mózgu informacja, że to jest nasz domek, że tak pięknie mieszkamy i że podobnymi widokami będę mogła się raczyć aż do późnej starości. Już zaczynam odfruwać z radości, czuje jak moje papcie (po poznańsku) unoszą się nad panelami, gdy z okolic żuchwy dochodzi mnie mało przyjemny dźwięk. Potem ciepły, korpulentny serdelek ląduje w moim oku, a broda dostaje sporą dawkę mokrego ślimara. Wytrącona z rajskiej wędrówki patrzę w kierunku swoich rąk i coraz to intensywniejszych dźwięków „yyyyyyy...YYY!!!!” połączonych z ciągnięciem za włosy (moje włosy!!!) i widzę Sprężynę! No tak, to już po delektacji otaczającym mnie światem. Wtedy pojawia się myśl, że gdybym wstała razem z mężem to miałabym czas na osobistą, prywatną herbatkę w towarzystwie porannego światła i dźwięków budzącej się przyrody. Czas  tylko dla siebie. Ale moje ranne lenistwo niestety co dzień zwycięża, a wystarczyłoby zwlec się z łóżka pół godziny przed pobudką Ulki i już dzień zacząłby się milej, a ja mogłąbym odfajkować likwidację jednej z przywar. Macie jakieś sposoby na ranne wstawanie? Mój tata, szalony wynalazca, o którym wspominałam już wcześniej, tutaj, za czasów studenckich musiał podczas wakacji wcześnie się budzić. Przychodziło mu to równie trudno co mi teraz, ale jego profil studiów (konstruktor maszyn) zobowiązuje... On poradził sobie z tym problemem następująco: podłączył budzik do pompy  w studni, wąż ogrodowy przerzucił przez okno sypialni i zabezpieczył tak żeby trudno go było wyjąć. Kiedy zegarek dzwonił, pompa się włączała, a mój tata wiedział, że ma tylko minutę na wyskoczenie z łóżka i wyłączenie mechanizmu. Jednak po takim mało przyjemnym biegu, do mokrego i chłodnego ogrodu, szybko wskakiwał z powrotem pod pierzynkę, żeby się ogrzać, a wraz z ciepełkiem wracał problem snu. Myślę jednak, że mój M. nie zaufałby mi na tyle, żeby ryzykować powódź w nowo wymalowanym pokoju, więc jeśli macie jakieś triki na ranne wstawanie to chętnie wypróbuje. A teraz parę fotek z naszego poranka.




 

Ostatnio przez nasz domek przewija się sporo ludu, dlatego muszę trochę się nagłówkować co tu upichcić. Ma być w miarę szybko, smacznie, efektownie, ale żeby składniki były proste do kupienia, gdyż głównie to M. robi zakupy... Musiałybyście słyszeć o co on mnie pytał kiedy kazałam mu kupić chrzan do ogórków i ILE go przyniósł w efekcie !!!
Do naszych prywatnych hiciorów należy Czosnkowa sałatka pomidorowa. Z pozoru wydaje się mało ciekawa, ale naprawdę jest pyszna i chociaż nie ma w niej nic odkrywczego to takie połączenie składników daje cudowne doznania. 

Czosnkowa sałatka pomidorowa


Pomidory sparzyć, zdjąć skórkę i pokroić na grube plastry, na wierzch utrzeć żółty ser (gouda, edam rycki, jakiś zwyczajny, nie słodki). Polać sosem (przed samym podaniem!!!). Na wierzch koniecznie położyć listek świeżej bazylii.
Sos czosnkowy: pół na pół majonezu i jogurtu (gęstego np. bałkańskiego) z dużą ilością świeżego, sprasowanego czosnku, sól i pieprz.
Można ją również przygotować w formie koreczków (i ja chyba taką wersje wolę). Gruby plaster żółtego sera, na to cząstka pomidora, kleks z sosu czosnkowego (tylko w tym wypadku daje sam majonez bez jogurtu) i listek bazylii na wierzch, wszystko nawleczone na wykałaczkę. Mniami.

A na deser zapraszam na 

Czekoladowe tiramisu z pysznym kremem Baileysowym. 


* 250 g serka mascarpone
* 200ml śmietany kremówki
* tabliczka czekolady gorzkiej
* 1/2 tabliczki mlecznej czekolady
* 30g cukru waniliowego (ja dodaje do smaku)
* 3-4 łyżki likieru Baileys
* esencja z kawy
* biszkopty

  1. Cukier i czekolady rozpuścić w garnku, albo w kąpieli wodnej.
  2. Ostudzić.
  3. Dodać 2-3 łyżki likieru.
  4. Serek mascarpone ubić ze śmietaną na puszysty krem. Powoli dodawać czekoladową maź, wciąż ubijając.
  5. Krem zrobi się dość rzadki dlatego trzeba włożyć go do lodówki.
  6. Biszkopty nasączyć esencją z kawy z dodatkiem reszty likieru.
  7. Układać piętrami, raz biszkopty, raz krem. Przed podaniem włożyć na chwilkę do lodówki.
 Życzę smacznego i łatwego we wstawaniu łikendu;)



Polub mnie