niedziela, 5 sierpnia 2012

Gipsowanie, szlifowanie i cudmaszyna


Post z 1 sierpnia 2012

Jejku, od czego tu zacząć? ! Może od tego, że w imię szybkiego posunięcia budowy musiałam naszą małą sześciomiesięczną Sprężynke oddać teściom na dwa tygodnie L Pierwszy raz nie będziemy z M. widzieć jej tak długo L. Wprawdzie wpadliśmy do nich na odwiedziny łikendowe, ale to chyba jeszcze bardziej wzmocniło tęsknotę L. Jednak żeby tylko nie szlochać przedstawię relacje z dotychczasowych prac budowlanych. Początkowo walczyliśmy z gipsowaniem ścian (oczywiście własnymi rączkami) co było męczące i pyprające, ale na pewno nie przebiło kolejnego etapu czyli SZLIFOWANIA! O matko! To jest dopiero koszmar. I tak poszło nam super bo M. wypożyczył cud-maszynę szlifującą, za pomoca której robota była wykonana w jeden dzień!


Wiem, ze dawniej (niektórzy nadal) szlifują ręcznie całe domy, ale na pewno nie po takich początkujących gipsarzach, jakimi jesteśmy my. W skrócie: było co szlifować. Ba! jest nawet nadal :/ Kiedy fachowiec zobaczył efekty naszej pracy (już po ostatecznym szlifowaniu) stwierdził, że myślał, że to jeszcze raz będzie gipsowane J Ale ja mam dość i macham ręką na dziury, rysy, wgłębienia. Na szczęście na blogowych zdjęciach nie będzie widać tak dokładnie (mam nadzieje....). Żeby było bardziej ciekawie gipsowanie i szlifowanie trwało w aurze pod tytułem: Brak łazienki! Pytacie w czym się myliśmy? Za wannę służył nam stary, plastikowy kontener, wystawiony na ogród :/.
W każdym razie, po przeszlifowaniu, zmieceniu pyłu (trwało to chyba tyle samo co samo szlifowanie, a pył nadal jest... :/ ) zrobiłam bunt. Wpakowałam brudne rzeczy wraz z brudnym M. i brudną sobą do auta i kazałam się wieść do naszej Sprężyny. Wstyd się przyznać, ale po paru dniach nie widzenia się z córeczką równie mocno tęskniłam za nią co za prysznicem. Moi teściowie mają piękny dom nad jeziorem z widokiem na wodę więc naprawdę dało się odpocząć od szału budowlanego. Wykąpani, odespani, nacieszeni Sprężynką odetchnęliśmy. Był grill, spacery, i kąpiele w ciepłej wodzie.....cudownie!!!! 



Od poniedziałku znowu zaczęła się budowa. Męża ( który cały tydzień miał urlop) zamieniłam na Pana od kładzenia kafelek, który okazał się mistrzem nie tylko ceramiki podłogowej, ale wszystkich prac remontowych. Jest równie dokładny co gadatliwy dlatego z miłą chęciom udziela mi rad, a nawet sam demonstruje, jak co powinno się robić J Moim zadaniem na ten tydzień jest: przemalować wszystkie pomieszczenia gruntem (zrobione), 
 
potem białą farbą (dzisiaj), następnie Akrylpucem, potem doszlifować, następnie sufit dwa razy białą farbą i kolorki. Wszystko oczywiście zakończone wieczornym pluskaniem w wannie zewnętrznej. Ha, jaki miły tydzień mi się szykuje. Na końcu jeszcze moja przestroga dla pań zabierających się za malowanie gruntem. Jeśli wasz mąż powie wam, że grunt bez problemu rozpuszcza się w wodzie. Nie wierzcie mu! Pod żadnym pozorem nie zabierać się za malowanie bez rękawic po pachy, kasku, długich spodni (najlepiej grubych bo mi wczoraj przylepiły się do nogi. Tak grunt cudownie skleja).
Żeby nie było tylko szarych odcieni betonu zamieszczam kilka zdjęć roślinności z mojego ogródka :)

Pozdrawiam i do przeczytania za jakieś półtora tygodnia ( w tedy będę miała już łazienkę :)Yuppiii!!! :) ). Wcześniej raczej nic nie umieszczę, bo oprócz braków sanitarnych cierpię na całkowity brak internetu ;(((

Znikający post


Post z 1 sierpnia 2012

Zacznę swój monolog od narzekania, połączonego ze wzburzeniem- Nie dość, że miałam trzy posty na krzyż to jeszcze jeden zniknął ! :/ Nastąpiło to dość dawno, ale tak mnie zdenerwowało, że do dziś trzęsą mi się ręce (chociaż to raczej z nadmiaru prac budowlanych). Próbowałam go odnaleźć, ale albo się nie da, albo ja nie umiem ( co równa się - „nie da”). Mam w Wordzie zapisaną kopie ale niekompletną, tylko 1/3 zagubionego posta. Ale jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma. Nie będę już odtwarzać z pamięci swoich mądrości na temat hobbystycznego magazynowania przedmiotów (bo ta właśnie część posta jest nie do odzyskania), ale umieszczę to co zachowałam w komputerku, plus zdjęcia bo one na szczęście są wszystkie. Tak więc miłego czytanka, a za chwile nowości.

I po imprezce 

Pogoda zachowała się bardzo patriotycznie: przed meczem piękne radosne słoneczko, a po... ulewa. Nam natomiast (zapewne za sprawą ponczu– kobitki i piwka- mężczyźni) humory przedmeczowskie pozostały aż do rana. Było ognisko, kiełbaski, tańce i skoki przez rozpalone płomienie, oraz przepyszne jedzonko autorstwa mojej mamy, które grało (obok meczu) główną rolę. Jeszcze tego samego dnia po betonówce musieliśmy opróżnić całkowicie dolne piętro domu, na którym toczyła się cała zabawa. Wszystkie meble, mebelki, naczynia, pozostałości napoi i jedzenia trzeba było wtaszczyć po schodo-drabinie na niewykończone poddasze. Po wniesieniu dobytku na górę okazało się, ze chociaż w domu jeszcze na stałe nie mieszkamy już mamy zawalone po sufit wszystkie trzy pokoje znajdujące się na piętrze. Jeśli ktoś nie może sobie wyobrazić jak można w jeden dzień zagracić dom umieszczam przykładowe zdjęcie jednego z naszych uroczych poddaszowych pokoików.
Ponieważ na następny dzień mieli przyjść hydraulicy M. zabrał się za szykowanie im pola do działania, a ja starałam się ze skumulowanych gratów zrobić coś na kształt pokoiku. No i muszę przyznać, że wyszło całkiem całkiem. Spójrzcie sami



 A to widok z naszej tymczasowej sypialni.


niedziela, 24 czerwca 2012

Poślizg


Utworzyłam bloga, a potem zniknęłam. Wstyd mi okropnie, ale tyle się dzieje wokół mnie i mojej rodziny, że nie nadążam. Przydało by mi się parę gadżetów Harrego Pottera. Klepsydra pozwalająca na cofanie w czasie, błyskawicznie latająca miotła, no i koniecznie peleryna niewidka. Niestety nie mam żadnego z powyższych udogodnień więc musze być zdana na stare sposoby tj. kawę, pomocnych rodziców i wyrozumiałego męża. Na rodzinnej tablicy korkowej z aktualnościami mamy na ten tydzień wywieszone hasła: Tynkarze = przygotować plac budowy do ich poniedziałkowego wejścia. Przeprowadzka = wywieść wszystkie meble (i nie tylko) z kawalerki bo w przyszłym tyg. wprowadzają się lokatorzy. Parapetówka ( a raczej betonówka) = w przyszłą sobotę. Tu chyba nie muszę nikomu tłumaczyć ile się trzeba nachapać, żeby ugościć dwudziestkę kibiców. Zlecenia = które na bieżąco ( i bardzo dobrze) spływają do mnie, a czas ich realizacji jest zazwyczaj bardzo krótki. Malutka Uleńka = piąty miesiąc skończony, więc uwagi i zainteresowania potrzebuje coraz więcej. Mężuś ukochany = adorować, prać i prasować (i tu mnie zastanawia dlaczego na tablicy owego mężusia nie ma żadnego podpunktu o adoracji żony ?!) A żeby było tego mało, proces realizacji powyższych planów spowolniają wyrzuty sumienia, że: niedokończony kurs prawa jazdy leży odłogiem, że wiele maili jestem w plecy, że ciocie i babcie obiecaliśmy zawieść do naszej przyszłej kwatery, że należy zrobić maraton po galeriach i poreklamować własne wytwory, że czas odwiedzić fryzjera no i że zjadło się za dużo a obiecywałam, ze schudnę do parapetówko-betonówki.  Ach! Dobrze, że pogoda chociaż w kratkę, bo inaczej do listy musiałabym dopisać: podlewać, pielić, przesadzać, spulchniać, wyrywać itp. Ufff... no to mi ulżyło. Przyznaje, oprócz gonitwy zadaniowej miałam też momenty leniuchowania, z których to chwil przekazuje foto-relacje, a że pogoda kiepskawa to miło będzie popatrzeć na słoneczko.
Zdjęcia powstały w ogródku mojej mamy. Nasz ogródek na razie jest w fazie początkowej i choć położenie ma wyjątkowo urokliwe to ma jeszcze sporo do podrośnięcia. W najbliższym czasie obiecuje ujawnić parę jego zdjęć, ale najpierw musze takowe zrobić, bo te co dotychczas powstały wywołały śmiech wśród oglądających (plus komentarze: „Noooo...super patyczki wystają Ci z tego piachu”).  Dlatego post o naszym ogródku powstanie jak go troszkę podrasuje, a na razie będę obfotografowywać dzieło mojej mamy, bo jest co podziwiać.

Żeby nie było, że jestem leniwiec i tylko pije kawkę i muce truskawki umieszczam zdjęcia moich prac, które wykonałam kiedy mnie nie było na blogu. Proszę się nie dziwić podpisom na fotkach bo pochodzą one z mojego sklepowego bloga ( tu mała reklama ;) ) i już mi się nie chciało przerabiać napisów.




Ponieważ za oknem pada i wieje przesyłam pozytywne fluidy w postaci słonecznego zdjęcia.

wtorek, 15 maja 2012

Od czego tu zacząć ?

Za stworzenie bloga zabierałam się od niepamiętnych czasów, zawsze jednak było coś co przeszkadzało mi w realizacji tych planów. W końcu nadszedł taki dzień kiedy rzuciłam obowiązki w zagracony kąt i stworzyłam pierwszego Niezapominatkowego posta.
Za swój blogowy cel postawiłam sobie zarażanie innych uśmiechem, który owocuje pozytywną energią. Chciałabym również  podzielić się swoimi doświadczeniami plastycznymi, domowymi, ogródkowymi, matczynymi (od 4 miesięcy mam nowy status społeczny- Mama :) ) i innymi które przyjdą mi do głowy.

Pozdrawiam majowo
Ata

Polub mnie